lis 04 2003

Rozdział 1: Dudley oblakany


Komentarze: 1

Najgorętszy dzień tego lata zbliżał się ku końcowi, a senna cisza zapadała nad dużymi, kwadratowymi domami ulicy Privet Drive.... Lśniące zwykle samochody stały zakurzone na podjazdach, a szmaragdowe niegdyś trawniki pożółkły i wyschły - jako że używanie węży do podlewania zostało zakazane w związku z suszą. Oderwani od swych zwykłych zajęć - mycia samochodów i podlewania trawników - mieszkańcy Privet Drive wycofali się w cień swoich chłodnych domów, otwierając jedynie szeroko okna w nadziei na przyciągnięcie nieistniejących powiewów wiatru. Jedyną osobą przebywającą poza domem był kilkunastoletni chłopiec wyciągnięty na trawniku przed numerem czwartym.
Był szczupłym, ciemnowłosym chłopcem w okularach, który miał ten znękany, lekko niezdrowy wygląd kogoś, kto znacznie urósł w krótkim okresie czasu. Spodnie miał podarte i brudne, koszulkę rozciągniętą i wypłowiałą, a podeszwy jego butów odrywały się przy czubkach. Wygląd Harry'ego Pottera bynajmniej nie sprawiał, że był mile widziany przez sąsiadów, należeli bowiem oni do ludzi uważających, że brud i niechlujstwo powinny być prawnie napiętnowane, ale jako że dzisiejszego wieczoru ukrył się za obszernym krzakiem hydrangei, był całkiem niewidoczny dla przechodzących. Właściwie, jedynym sposobem na zauważenie go byłoby wystawienie głowy przez jego wuja Vernona lub ciotkę Petunię z okna salonu i popatrzenie prosto w dół, na klomb poniżej.
W sumie, pomyślał Harry, powinno mu się pogratulować pomysłu ukrycia się w tym miejscu. Wprawdzie nie było to zbyt wygodne leżeć na gorącej, twardej ziemi, ale z drugiej strony nikt nie gapił się na niego, zgrzytając zębami tak głośno, że nie mógł dosłyszeć wiadomości i nikt nie zadawał mu tych okropnych pytań, jak to miało miejsce za każdym razem, gdy próbował usiąść w salonie i pooglądać telewizję z ciotką i wujem.
Jakby słysząc myśli wlatujące przez otwarte okno, Vernon Dursley, wuj Harry'ego, nagle przemówił.
- Dobrze widzieć, że chłopak przestał tu przyłazić. Gdzie on się podział, tak w ogóle?
- Nie mam pojęcia - powiedziała Ciotka Petunia niepewnie.
- Nie ma go w domu. Wuj Vernon stęknął.
- "Oglądać wiadomości..." - powiedział zgryźliwie. - Chciałbym wiedzieć, co on naprawdę knuje. Tak jakby normalny chłopiec przejmował się tym, co mówią w wiadomościach - Dudley nie miał o tym zielonego pojęcia; - wątpię, czy on w ogóle wie, kto to jest premier! Tak czy siak, nie żeby było coś na temat jego ludzi w naszych wiadomościach...
- Vernon, ciszej... - powiedziała Ciotka Petunia - okno jest otwarte.
- Och, racja, przepraszam kochanie.
Dursleyowie ucichli. Harry słuchał reklamy płatków śniadaniowych Fruit 'n' Bran przyglądając się Mrs Figg, trzepniętej, uwielbiającej koty starszej pani z pobliskiej Wisteria Walk, przechodzącej się powoli spacerowym krokiem. Szeptała i mruczała coś pod nosem do siebie. Harry był bardzo zadowolony ze swojego schronienia za krzakiem, jako że Mrs Figg ostatnimi czasy na okrągło zapraszała go na herbatkę, gdy tylko spotykała go gdzieś na ulicy. Skręciła za rogiem i zniknęła z pola widzenia zanim głos wuja Vernona ponownie nadpłynął z okna.
- Dudziaczek wyszedł na herbatkę?
- Jest u Polkiss'ów - odparła Ciotka Petunia czule.
- Ma tylu małych przyjaciół, jest taki popularny...
Harry z trudem powstrzymał parsknięcie. Dursleyowie naprawdę byli zdumiewająco głupi jeśli chodziło o ich syna, Dudleya. Wierzyli w te wszystkie jego zmyślone kłamstwa o herbatce u różnych członków jego gangu każdego wieczoru letnich wakacji. Harry wiedział doskonale, że Dudley nigdzie nie chodził na herbatę. On i jego banda spędzali każdy wieczór niszcząc plac zabaw, paląc papierosy na rogach ulic i rzucając kamieniami w przejeżdzające samochody i w dzieci.
Harry widział jak to robią podczas swoich wieczornych spacerów po Little Whinging - większość wakacji spędził włócząc się po ulicach, wybierając gazety z przydrożnych śmietników. Początkowe nuty muzyki oznajmiającej wiadomości o dziewiętnastej dosięgnęły jego uszu i jego żołądek wywrócił mu się na drugą stronę. Być może dzisiaj wieczorem - po miesiącu czekania - okaże się, że to będzie TA noc.
"Rekordowa liczba wczasowiczów wypełnia lotniska po tym jak strajk hiszpańskich bagażowych trwa już drugi tydzień".
- Poślijcie ich na wieczny odpoczynek, ja bym tak zrobił - warknął Wuj Vernon, gdy spiker skończył.
Niezależnie od tego na zewnątrz, pośrodku klombu żołądek Harry'ego rozluźnił się. Gdyby cokolwiek miało się stać byłaby to pierwsza informacja wieczornych wiadomości. Śmierć i zniszczenie były zdecydowanie ważniejsze niż kłopoty wczasowiczów. Odetchnął długo i głęboko i spojrzał w piękne błękitne niebo. Każdy dzień tego lata był taki sam: napięcie, oczekiwanie, tymczasowa ulga i znów narastające napięcie i tak przez cały czas, coraz bardziej uporczywe pytanie, dlaczego nic się jeszcze nie zdarzyło.
Słuchał dalej, na wypadek gdyby w wiadomościach pojawiła się choćby mała wskazówka, nierozpoznana przez Mugoli jako to czym naprawdę było - niewyjaśnione zniknięcie, być może, albo jakiś dziwny wypadek... ale strajk bagażowych został zastąpiony przez wiadomość o suszy w Southeast ("Mam nadzieję, że ten obok słucha!" - ryknął wuj Vernon. "Z tymi jego spryskiwaczami włączanymi w trzeciej rano! "), potem o helikopterze, który niemalże rozbił się na polu w Surrey, później o rozwodzie sławnej aktorki i jej sławnego męża ("Tak jakbyśmy się interesowali ich paskudnymi sprawami...", zauważyła ciotka Petunia, która oczywiście obsesyjnie śledziła tę sprawę w każdym magazynie, na którym tylko udało się jej położyć swoje kościste dłonie). Harry przymknął oczy chroniąc je przed jaskrawym wieczornym niebem, kiedy spiker przeczytał "... i na koniec, papużka falista Bungy znalazła nowy sposób na chłód tego lata. Bungy, która mieszka w Pięciu Piórach w Bamsley nauczyła się jazdy wodnej na nartach! O szczegółach dowiemy się od Mary Dorkins, która pojechała do Bamsley...". Harry otworzył oczy. Skoro dotarli do jeżdżących na nartach wodnych papużek, to nie mogło się już pojawić nic wartego uwagi. Przetoczył się ostrożnie na brzuch i podniósł się na łokcie i kolana, przygotowując się do wyczołgania spod okna. Zdążył poruszyć się około dwóch cali, gdy kilka rzeczy nastąpiło bardzo szybko jedna po drugiej. Głośny, niosący się echem trzask przerwał senną ciszę jak wystrzał; kot wyprysnął spod zaparkowanego samochodu i umknął z pola widzenia; wrzask, potężne przekleństwo i dźwięk pękającej porcelany dobiegł z salonu Dursley'ów i jakby to był sygnał, na który Harry czekał, zerwał się on na równe nogi wyciągając jednocześnie zza paska swoich spodni cienką drewnianą różdżkę, jakby wyciągał z pochwy miecz... jednak zanim wyprostował się zupełnie czubek jego głowy zderzył się z otwartym oknem Dursley'ów. Powstały przy tym łomoy sprawił, że ciotka Petunia wykrzyknęła jeszcze głośniej.
Harry poczuł się jakby jego głowa rozpadła się na dwa kawałki. Z oczu pociekły mu łzy, zachwiał się próbując jednocześnie skupić uwagę na ulicy, by dostrzeć źródło hałasu, ale kiedy tylko udało mu się stanąć pionowo, dwie potężne purpurowe ręce sięgnęły przez okno i zacisnęły się szczelnie wokół jego gardła.
- Odłóż to! - warknął wuj Vernon do ucha Harry'ego.
- Natychmiast! Zanim ktokolwiek zobaczy!
- Zostaw mnie! - zasapał Harry. Przez kilka sekund szamotali się, Harry odciągał przypominające kiełbaski palce swojego wuja lewą ręką, prawą w dalszym ciągu mocno trzymając swoją uniesioną różdżkę. Nagle, kiedy pulsujący ból w czubku głowy Harry'ego stawał się już nie do wytrzymania, wuj Vernon zaskowyczał i puścił Harry'ego, jakby poraził go prąd elektryczny. Jakaś niewidzialna siła zdawała się przepływać przez jego bratanka, sprawiając że nie był w stanie go utrzymać. Z trudem chwytając powietrze Harry padł w przód nad krzakiem hortensji, wyprostował się i rozejrzał dokoła. Po tym, co spowodowało ten głośny trzask nie było ani śladu, ale przez pobliskie okna wyglądało kilka zaciekawionych twarzy. Harry pospiesznie wepchnął swą różdżkę w spodnie i starał się wyglądać niewinnie.
- Cudowny wieczór - wykrzyknął wuj Vernon, wymachując w kierunku Pani Numer Siedem z naprzeciwka, która wyglądała zza swych zasłon.
- Czy słyszała pani ten strzał w gaźniku przed momentem? Petunia i ja nieźle się wystraszyliśmy! Nie przestawał się szczerzyć w ten przerażający, maniakalny sposób aż wszyscy ciekawscy sąsiedzi zniknęli z okien, a wtedy uśmiech na jego twarzy zmienił się w grymas wściekłości, gdy przywoływał do siebie Harry'ego. Harry zbliżył się na kilka kroków, pilnując by zatrzymać się w miejscu, w którym wyciągnięte ramiona wuja Wernona nie mogły powrócić do duszenia go.
- Co u diabła miałeś przez to na myśli, chłopcze? - zapytał wuj Vernon rechotliwym głosem, który grzmiał od furii.
- Co miałem na myśli przez co? - zapytał Harry zimno. Dalej rozglądał się w lewo i w prawo po ulicy ciągle mając nadzieję zobaczyć osobę, która wywołała ten trzask.
- Robić hałas jak z pistoletu zaraz pod naszym...
- To nie ja wywołałem ten hałas - powiedział Harry stanowczo.
Wąska, końska twarz ciotki Petunii pojawiła się obok szerokiej, purpurowej twarzy wuja Vernona. Była sina ze wściekłości.
- Dlaczego czaiłeś się pod naszym oknem?
- Tak, tak! celna uwaga, Petunio! Co robiłeś pod naszym oknem, chłopcze?
- Słuchałem wiadomości - odparł Harry zrezygnowanym głosem
Ciotka i wuj wymienili wściekłe spojrzenia
- Słuchałeś wiadomości! Znowu?
- No cóż - powiedział Harry - wiecie, codziennie są jakieś nowe.
- Nie zgrywaj spryciarza przy mnie, chłopcze! Chcę wiedzieć co naprawdę jest grane i nie chcę słyszeć więcej tych bzdur o słuchaniu wiadomości! Wiesz wystarczająco dobrze, że o tych waszych...
- Ostrożnie, Vernon! - westchnęła ciężko ciotka Petunia i wuj Vernon sciszył swój głos, tak że Harry ledwie mógł go dosłyszeć. - o tych waszych sprawkach nie mówią w naszych wiadomościach!
- Tak ci się tylko wydaje - odparł Harry.
Przez parę sekund Dursleyowie wytrzeszczali na niego oczy, po czym ciotka Petunia powiedziała: - Jesteś okropnym małym kłamczuchem. Co niby robią te wszystkie - ona również ściszyła swój głos tak, że Harry musiał odczytać następne słowo z ruchu warg - sowy, jeśli nie przynoszą ci wiadomości?
- Aha! - powiedział wuj Vernon triumfującym szeptem.
- No wybrnij z tego, chłopcze! Jakbyśmy nie wiedzieli, że dostajesz wszystkie swoje wiadomości przez te szkodliwe ptaszyska! Harry zawahał się na chwilę. Kosztowało go wiele wysiłku powiedzenie prawdy tym razem, chociaż wuj i ciotka nie mogli wiedzieć jak fatalnie się czuł przyznając się do tego.
- Sowy... nie przynoszą mi żadnych wiadomości - powiedział bez emocji.
- Nie wierzę w to - orzekła natychmiast ciotka Petunia.
- Ani ja - dodał przekonująco wuj Vernon
- Wiemy, że znów chcesz coś spsocić - powiedziała ciotka Petunia.
- Nie jesteśmy głupi, wiesz - dołożył wuj Vernon.
- Cóż, to dopiero dla mnie wiadomość. - odparł Harry poirytowany i zanim Dursley'owie zdołali go zawołać odwrócił się na pięcie, przeszedł przez frontowy trawnik, przekroczył niski ogrodowy murek i ruszył w górę ulicy.
Miał kłopoty i wiedział o tym. Będzie musiał stanąć później przed ciotką i wujem i zapłacić karę za swą nieuprzejmość, ale w tej chwili mało go to obchodziło. Miał ważniejsze sprawy na głowie. Harry był pewien, że trzask został wywołany przez czyjeś Pojawienie się lub Zniknięcie. To był dokładnie ten sam dźwięk, jaki rozległ się wtedy, gdy Zgredek, domowy skrzat, rozpłynął się w powietrzu. Czy to możliwe, że Zgredek był tu, na Privet Drive? Czy Zgredek mógł śledzić go w tym momencie? Jak tylko pomyślał o tym, odwrócił się i popatrzył za siebie na Privet Drive, ale ulica wyglądała na zupełnie opuszczoną i Harry miał pewność co do tego. Zgredek nie wiedział jak stać się niewidzialnym.
Szedł dalej, ledwie świadom trasy, którą wybrał. Ostatnio tłukł się tymi ulicami tak często, że stopy same niosły go w ulubione miejsca. Co parę kroków oglądał się za siebie. Ktoś magiczny był przy nim, gdy leżał pośród umierających begonii ciotki Petunii, był tego pewien. Dlaczego nie porozmawiali z nim? Dlaczego nie nawiązali kontaktu? Dlaczego kryli się teraz? I wtedy, gdy uczucie frustracji osiągnęło szczyt, jego pewność zniknęła. Być może to jednak nie był magiczny dźwięk. Może tak desperacko czekał na najmniejszy znak kontaktu ze świata, do którego należał, że najzwyczajniej w świecie zbyt mocno zareagował na całkowicie zwyczajne hałasy. Skąd mógł mieć pewność, że to nie był dźwięk łamania czegoś w którymś z sąsiednich domów?
Harry czuł tępawe, omdlewające wrażenie w żołądku i zanim się spostrzegł, uczucie beznadziejności, które towarzyszyło mu przez całe lato ogarnęło go od nowa. Następnego ranka ze snu wyrwie go budzik o piątej rano, by zdążył zapłacić sobie, która dostarcza mu Proroka Codziennego - tylko jaki był sens zamawiać go dalej? Harry ledwie zerkał na pierwszą stronę przed rzuceniem go w kąt. Kiedy ci idioci z redakcji w końcu zdadzą sobie sprawę z tego, że Voldemort powrócił, będzie to wiadomość z nagłówka, a właściwie tylko to interesowało Harry'ego. Gdyby miał szczęście, przyleciałyby także sowy z listami od jego najlepszych przyjaciół, Rona i Hermiony, jednak wszelkie oczekiwania, że ich listy przyniosą jakiekolwiek wieści już dawno pogrzebał. "Nie możemy za bardzo mówić O-Wiesz-Czym, to oczywiste. Powiedziano nam, żeby nie pisać nic ważnego, na wypadek gdyby nasze listy ktoś przechwycił. Jesteśmy bardzo zajęci, ale nie możemy podać tu szczegółów. Wiele się dzieje, powiemy ci wszystko, gdy się zobaczymy..."
No właśnie, tylko kiedy mieli zamiar się z nim zobaczyć? Nikt nie przejmował się podaniem jakiejś konkretneh daty, Hermiona nabazgrała "Myślę, że zobaczymy się całkiem niedługo" na jego urodzinowej kartce, tylko jak niedługo było to niedługo?
Jak wnioskował Harry z niewyraźnych podpowiedzi w ich listach, Hermiona i Ron byli w tym samym miejscu, prawdopodobnie w domu rodziców Rona. Ledwo mógł znieść myśl o tym, że oni bawią się świetnie w Norze, podczas gdy on tkwi tu na Privet Drive. Właściwie, był tak wściekły na nich, że wyrzucił nie otwierając, dwa pudełka miodowych czekoladek, które przysłali mu na urodziny. Później tego żałował, po tym jak ciotka Petunia zaserwowała więdnącą sałatke na obiad tamtego wieczoru.
I czym się zajmowali Ron i Hermiona? Dlaczego on, Harry, nie zajmował sę niczym? Czyż nie udowodnił, że jest w stanie brać na siebie nawet więcej niż oni? Czy wszyscy zapomnieli, co zrobił? Czy to nie on był z Cedrikiem na cmentarzu, patrzył jak Cedrik umiera, czy to nie on był przywiązany do tego nagrobka i sam mało nie zginął? Nie myśl o tym, powiedział do siebie surowo po raz setny tego lata. Nie dość, że wracał na ten cmentarz w nocnych koszmarach, to jeszcze rozpamiętywał to kiedy nie spał.
Skręcił na rogu w Magnolia Crescent. W połowie drogi minął wąską alejkę przy garażu, gdzie po raz pierwszy zobaczył swojego ojca chrzestnego. Syriusz przynajmniej zdawał się rozumieć, co czuje Harry. Co prawda jego listy były równie pozbawione konkretnych wiadomości, co listy Rona i Hermiony, ale przynajmniej zawierały słowa troski i pocieszenia zamiast drażniących wskazówek i podpowiedzi: "Wiem, że to musi być frustrujące... Trzymaj się z dala od kłopotów i wszystko będzie ok... Bądź ostrożny i nie rób niczego pochopnie..."
Cóż, pomyślał Harry przechodząc przez Magnolia Crescent, skręcając w Magnolia Road i kierując się ku pogrążającemu się w ciemności placowi zabaw, postępował tak, jak radził Syriusz. Udawało mu się przynajmniej odeprzeć pokusę przywiązania swojego kufra do miotły i wystartowania do Nory samemu. Tak naprawdę Harry myślał, że jego zachowanie było bardzo dobre, biorąc pod uwagę to, jak frustrujący i budzący złość był fakt utkwienia na Privet Drive na tak długo, i chowania się po klombach w nadziei na usłyszenie czegokolwiek, co mogłoby wskazywać na to, co robi Lord Voldemort. Niemniej jednak, dość irytujące było wysłuchiwać rad, by nie być pochopnym i nierozważnym od człowieka, który odsiedział dwanaście lat w więzieniu dla czarodziejów, Azkabanie, który uciekł, próbował popełnić morderstwo, za które wcześniej był skazany, a następnie uciekł na skradzionym Hippogryfie.
Harry przeskoczył nad zamkniętą bramą parku i ruszył przez zeschły trawnik. Park był pusty, tak jak pobliskie ulice. Dotarł do huśtawek i usiadł w jedynej, której Dudley i jego przyjaciele nie zdążyli jeszcze popsuć. Owinął jedną rękę wokół łańcucha i markotnie wbił wzrok w ziemię. Już nie będzie mógł się chować w klombie Dursleyów. Jutro będzie musiał wymyślić jakiś nowy sposób, by wysłuchać wieczornych wiadomości. Póki co mógł tylko czekać na kolejną bezsenną, niespokojną noc, bo nawet jeśli udało mu się uciec od koszmarów o Cedriku, miewał niepokojące sny o długich, ciemnych korytarzach, wszystkich zakończonych ślepym zaułkiem i zamkniętymi drzwiami, co jak przypuszczał, miało związek z poczuciem uwięzienia kiedy nie spał.
Często zdarzało się, że stara blizna na jego czole zakłuła boleśnie, ale nie oszukiwał się, że Ron, Hermiona czy Syriusz przejmą się tym. W przeszłości ból był ostrzeżeniem, że Voldemort staje się znów silniejszy, ale teraz, kiedy Voldemort wrócił, mówiliby mu przypuszczalnie, że należało się tego spodziewać. "Nie ma się czym martwić... stara śpiewka...". Niesprawiedliwość takiego stwierdzenia narastała w nim tak, że miał ochotę wrzasnąć z furią. Gdyby nie on, nikt by nawet nie wiedział, że Voldemort wrócił! A jego nagrodą za to było tkwienie w Little Whinging na całe cztery tygodnie, zupełnie odciętym od magicznego świata, sprowadzonym do koczowania pośród więdnących begonii by móc usłyszeć o papużkach uprawiających jazdę na nartach wodnych! Jak Dumbledore mógł zapomnieć o nim tak łatwo? Czemu Ron i Hermiona spędzają ze sobą tyle czasu i nie pomyślą o tym, by zaprosić go do siebie? Jak długo jeszcze ma znosić rady Syriusza, że ma siedzieć spokojnie i być grzecznym chłopcem? Albo odpierać pokusę napisania do głupiego Proroka Codziennego i powiedzenia wszystkim, że Voldemort powrócił? Takie gwałtowne myśli galopowały po głowie Harry'ego i aż skręcał się w środku ze złości, gdy parna, aksamitna noc zapadała wokół niego. Powietrze przesycone było zapachem ciepłej, suchej trawy, a jedynym dźwiękiem dochodzącym do jego uszu był niski pomruk samochodów z drogi za parkowym ogrodzeniem.
Nie wiedział ile czasu minęło odkąd usiadł na huśtawcem, kiedy dźwięk głosów przerwał jego rozważania. Podniósł wzrok. Latarnie z okolicznych ulic rzucały mglisty odblask, na tyle silny, że dostrzegł grupkę ludzi wędrujących przez park. Jeden z nich śpiewał głośno prymitywną piosenkę. Pozostali co raz to wybuchali śmiechem. Miękki, tykający szum wydobywał się z kilku drogich, wyścigowych rowerów, które prowadzili ze sobą. Harry wiedział kim są. Postacią na przedzie był bez wątpienia jego kuzyn, Dudley Dursley, kierujący się do domu w towarzystwie jego wiernej bandy. Dudley był ogromny jak zwykle, ale lata ciężkiego odchudzania i odkryty nowy talent przyniosły widoczną zmianę w jego fizjonomii. Jak wuj Vernon z niekłamanym zachwytem oznajmiał każdemu, kto go słuchał, Dudley został ostatnio Międzyszkolnym Mistrzem Wagi Ciężkiem Juniorów Southeast w boksie. "Szlachetny sport", jak go nazywał wuj Vernon, sprawił, że Dudley był jeszcze bardziej przerażający niż wydawał się Harry'emu w pierwszych latach szkoły podstawowej, gdy Harry służył mu za jego pierwszy worek treningowy. Harry obecnie daleki był od strachu przed swym kuzynem, ale nadal nie uważał, by to, że Dudley uczy się uderzać mocniej i celniej było powodem do świętowania. Dzieciaki z sąsiedztwa bały się go - nawet bardziej niż bały się "tego chłopaka Potterów", który, jak zostali ostrzeżeniu, był zatwardziałym chuliganem i uczęszczał do Przybytku Św. Brutusa dla Młodocianych Recydywistów.
Harry obserwował ciemne postacie kroczące po trawie i zastanawiał się, kogo pobili dzisiaj. Rozejrzyjcie się, przyglądając się im Harry złapał się na myśleniu. "No dalej... rozejrzyjcie się... Siedzę sobie tutaj całkiem sam... Dalej, chodźcie i ulżyjcie sobie...". Gdyby kumple Dudleya zobaczyli go siedzącego tutaj, na pewno przylecieliby prosto do niego i co wtedy zrobiłby Dudley? Na pewno nie chciałby stracić twarzy przed swoją bandą, ale na pewno byłby przerażony gdyby miał sprowokować Harry'ego. To byłoby naprawdę zabawne, obserwować dylematy Dudleya, drwić z niego i z jego bezsilności i niemożności zareagowania... A gdyby któryś z pozostałych próbował uderzyć Harry'ego, był przygotowany - miał swoją różdżkę. Niech spróbują... Z przyjemnością wyładowałby część swojej frustracji na chłopcach, którzy kiedyś zamienili jego życie w piekło.
Ale nie odwrócili się, nie widzieli go, byli już prawie przy ogrodzeniu. Harry opanował chęć zawołania ich... Szukanie zaczepki nie było mądrym posunięciem... Nie wolno mu używać magii... ryzykowałby znów wydalenie ze szkoły.
Głosy gangu Dudleya ucichły w oddali. Zniknęli z pola widzenia, kierując się wzdłuż Magnolia Road. Prosze cię bardzo Syriusz, Harry pomyślał smętnie. Nic nierozważnego. Trzymam nos w swoich sprawach. Dokładnie na odwrót niż ty byś zrobił. Stanął na nogi i przeciągnął się. Ciotka Petunia i wuj Vernon zdawali się uważać, że bez względu na to, kiedy Dudley się pojawiał, była to odpowiednia pora na powrót do domu i zawsze po tej chwili było już o wiele za późno. Wuj Vernon zagroził, że zamknie Harry'ego w komórce, jeśli jeszcze kiedykolwiek wróci do domu po Dudleyu, tak więc powstrzymując ziewnięcie, nadal zachmurzony, Harry skierował się w stronę parkowej bramy.
Magnolia Road, podobnie jak Privet Drive, pełna była obszernych, kwadratowych domów, z perfekcyjnie przystrzyżonymi trawnikami, których obszerni, kwadratowi właściciele jeździli bardzo czystymi samochodami, podobnymi do samochodu wuja Vernona. Harry wolał Little Whinging nocą, kiedy przysłonięte okna tworzyły kolorowe wzory w ciemności i kiedy mógł biegać bez narażania się na wysłuchiwanie potępiającego szemrania o jego "przestępczym" wyglądzie ze strony mijanych właścicieli domów.
Szedł szybko i kiedy był mniej więcej w połowie Magnolia Road ponownie dostrzegł bandę Dudleya. Żegnali się właśnie ze sobą przy wjeździe na Magnolia Crescent. Harry skrył się w cieniu dużego bzu i czekał.
- ... kwiczał jak świnia, prawda? - mówił Malcolm śmiejąc się głośno.
- Niezły prawy hak, Wielki D - powiedział Piers.
- Jutro o tej samej porze? - spytał Dudley.
- Taaa, u mnie, starszych nie będzie - odparł Gordon.
- No to do zobaczenia - rzucił Dudley.
- Cześć, Dud!
- Heja, Wielki D!
Harry zaczekał, aż wszyscy członkowie gangu się rozejdą zanim wyruszył dalej. Kiedy ich głosy przycichły, skręcił w Magnolia Crescent i idąc bardzo szybko, wkrótce dogonił Dudleya, który spacerował beztrosko mrucząc coś pod nosem.
- Hej, Wielki D! Dudley odwrócił się.
- O... - stęknął - To ty.
- No więc od jak dawna jesteś "Wielki D"? - spytał Harry
- Odwal się - burknął Dudley odwracając się.
- Niezłe imię - powiedział Harry, śmiejąc się szyderczo i zrównując się z kuzynem. - Ale dla mnie zawsze będziesz "Kochanym Dudziaczkiem".
- Powiedziałem, ODWAL SIĘ! - wybuchnął Dudley i jego wielkie jak szynka dłonie zacisnęły się w pięści.
- A co, chłopcy nie wiedzą, że mamusia tak cię nazywa?
- Zamknij gębę.
- Jej nie mówisz, żeby się zamknęła. A na przykład Pyziaczek i Duduś Dudulek, czy tych mogę używać?
Dudley nie powiedział nic. Wysiłek powstrzymywania się od walnięcia Harry'ego wymagał pełnej samokontroli.
- To kogo pobiliście dzisiaj? - spytał Harry przestając się smiać - Kolejnego dziesięciolatka? Wiem, że stłukliście Marka Evansa dwa dni temu.
- Sam się o to prosił - warknął Dudley.
- Czyżby?
- Wyzywał mnie.
- Naprawdę? A co, powiedział, że wyglądasz jak świnia, którą nauczyli chodzić na tylnich nogach? Bo jeśli tak, to nie jest to wyzywanie, Dud, to prawda.
Mięsień w szczęce Dudleya drżał złowrogo. Harry miał ogromną satysfakcję wiedząc, jak wściekły jest Dudley. Czuł jednakoż, że wylewa swoje frustracje na kuzyna, jedyną osobę jaką miał pod ręką.
Skręcili w prawo, w wąską alejkę, gdzie Harry po raz piewszy zobaczył Syriusza i którędy można bylo dojść na skróty z Magnolia Crescent na Wisteria Walk. Była pusta i dużo ciemniejsza niż ulice, które ze sobą łączyła, bo nie było tu ulicznych latarni. Ich kroki były stłumione przez ściany garażu z jednej i wysoki płot z drugiej strony.
- Myślisz, że jesteś kimś wielkim, bo nosisz tę rzecz, prawda? - powiedział Dudley po kilku sekundach.
- Jaką rzecz?
- Tę... tę rzecz, którą chowasz.
Harry ponownie wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Nie jesteś taki głupi, na jakiego wyglądasz, co, Dud? Ale jak mniemam, gdybyś był, nie byłbyś w stanie chodzić i mówić w tym samym czasie.
Harry wyciągnął swoją różdżkę. Zobaczył jak Dudley spogląda na nią spode łba.
- Nie wolno ci jej użyć - wybuchnął natychmiast Dudley - Wiem, że nie wolno. Wywaliliby cię z tej szkoły dla dziwolągów, do której chodzisz.
- Tak? A skąd wiesz, czy nie zmienili zasad, Wielki D?
- Nie zmienili - powiedział Dudley, ale jego głos nie brzmiał całkiem przekonująco. Harry zaśmiał się łagodnie.
- Nie masz odwagi zmierzyć się ze mną bez tej rzeczy, prawda? - burknął Dudley.
- Ty za to potrzebujesz czterech kumpli za tobą zanim pobijesz dziesięciolatka. A ten tytuł bokserski, o którym tyle nawijasz... Ile lat miał twój przeciwnik? Siedem? Osiem?
- Szesnaście, dla twojej informacji - warknał Dudley - i był nieprzytomny przez dwadzieścia minut po tym jak z nim skończyłem. I był dwa razy cięższy od ciebie. Poczekaj tylko, jak powiem tacie, że wyciągnąłeś tą... rzecz...
- Teraz biegniemy ze skargą do tatusia? Czyżby jego ukochany mistrz bokserski wystraszył się okropnej różdżki Harry'ego?
- W nocy nie jesteś taki odważny - zadrwił Dudley.
- To jest noc, Dudziaczku. Tak nazywamy czas, kiedy robi się tak ciemno jak teraz.
- Mówiłem o tym, kiedy leżysz w swoim łożeczku - warknął Dudley.
Zatrzymał się. Harry również przystanął, wpatrując się w kuzyna. Nie widział zbyt wiele, ale mógł dostrzec dziwny triumfujący wyraz na wielkiej twarzy Dudleya.
- Co masz na myśli mówiąc, że nie jestem odważny w łóżku? - spytał Harry kompletnie skonsternowany.
- Niby czego mam się bać, poduszki czy czegoś?
- Słyszałem cię ostatniej nocy - wykrztusił z siebie Dudley jednym tchem. - Mówiłeś przez sen. Jęczałeś!
- Że co..? - spytał Harry, ale poczuł zimne, nieprzyjemne uczucie w żołądku. Ostatniej nocy w snach był znów na cmentarzu.
Dudley aż szczeknął ze śmiechu, po czym wysokim, łkającym głosem zapiszczał - "Nie zabijaj Cedrika! Nie zabijaj Cedrika!". Kto to jest Cedrik? Twój chłopak?
- Ja... kłamiesz! - powiedział Harry automatycznie. Ale poczuł, że zaschło mu w ustach. Wiedział, że Dudley nie kłamie - bo skąd mógł wiedzieć o Cedriku?
- "Tato! Pomóż mi, tato! On mnie zabije, tato! Buuuuuuu!"
- Zamknij się - powiedział cicho Harry. - Ostrzegam cię, zamknij się!
- "Tatusiu, przyjdź i pomóż mi! Mamusiu, pomóż, pomóż! On zabił Cedrika! Tato, ratuj! On chce..." Nie wskazuj tym czymś na mnie!
Dudley cofnął się, opierając plecami o mur. Harry celował różdżką dokładnie w serce Dudleya. Czuł niemalże czternaście lat nienawiści do Dudleya pulsujące w jego żyłach - och... czego by nie dał, by uderzyć teraz, rzucić w niego czarem tak dokładnie, że musiałby się czołgać do domu jak robak, kompletnie głupi...
- Nigdy więcej nie mów o tym - warknął Harry. - Rozumiesz co do ciebie mówię?
- Celuj tym czymś gdzie indziej!
- Spytałem, czy rozumiesz, co do ciebie mówię?
- Skieruj to gdzie indziej!
- ROZUMIESZ, CZY NIE?!
- ZABIERAJ TO COŚ ODE MNIE - Dudley wydał z siebie dziwny, drżący oddech, jakby go ktoś oblał lodowatą wodą.
Coś się stało z nocą. Usiane gwiazdami ciemnogranatowe niebo nagle stało się kompletnie czarne, pozbawione jakiegokolwiek światła. Gwiazdy, księżyc, mgliste latarnie na obu końcach alejki zniknęły. Ucichły odległy pomruk samochodów i cichy szmer drzew. Ciepły, łagodny wieczór nagle stał się przenikliwie zimny. Zostali otoczeni przez całkowitą, nieprzenikliwą, cichą ciemność, jakby jakiś olbrzym zrzucił na całą alejkę grubą, lodowatą powłokę, oślepiając ich.
Przez ułamek sekundy Harry myślał, że niechcący rzucił jakiś czar, niezależnie od faktu, że musiał się naprawde mocno powstrzymywać, by tego nie zrobić. Po chwili jednak rozsądek wziął górę - nie miał takiej mocy, by móc zgasić gwiazdy. Odwrócił głowę w jedną i w drugą stronę, próbując dostrzec cokolwiek, ale ciemność przysłoniła mu oczy, jak nieważka zasłona.
Przerażony głos Dudleya zabrzmiał w uchu Harry'ego.
- C-co r-r-robisz? P-przestań!
- Nic nie robię! Zamknij się i nie ruszaj się!
- J-ja n-nic nie widzę! Oślepłem! Ja...
- Powiedziałem zamknij się!
Harry stał nieruchomo jak pień, odwracając niewidzące oczy raz w prawo raz w lewo. Chłód był tak intensywny, że cały się trząsł. Na rękach wyszła mu gęsia skórka, a ciemne włosy z tyły głowy stanęły dęba. Otworzył oczy tak szeroko jak tylko mógł, ślepo wpatrując się w ciemność dokoła. To było niemożliwe... Nie mogli byc tutaj... Nie w Little Whinging... Wytężył słuch... Usłyszałby ich zanim by ich zobaczył...
- P-powiem t-tacie! - zaskomlał Dudley - G-gdzie jesteś? C-co r-robisz?
- Zamkniesz się? - syknął Harry - Próbuję słu...
Przerwał. Właśnie usłyszał to, czego się obawiał. W alejce, poza nimi, było jeszcze coś, coś co wydawało z siebie długie, ochrypłe, wstrząsające oddechy. Stojąc i trzęsąc się w mroźnym powietrzu, Harry poczuł przerażające szarpnięcie trwogi.
- S-skończ z tym! Przestań! W-walnę cię, obiecuję, w-walnę!
- Dudley, zamknij...
CHLAST!.
Pięść trafiła Harry'ego z boku głowy unosząc go niemal w powietrze. Małe białe światełka zaiskrzyły mu przed oczami. Po raz drugi w przeciągu godziny Harry poczuł, jakby jego głowa została rozłupana na dwoje. W następnej chwili wylądował twardo na ziemi i różdżka wypadła mu z rąk.
- Ty kretynie, Dudley! - wyjęczał Harry, jego oczy powilgotniały od bólu, kiedy gramolił się na ręce i kolana, rozglądając się gorączkowo w ciemności. Usłyszał oddalającego się nieudolnie Dudleya, potykającego się i uderzającego w płoty przy alei. - DUDLEY, WRACAJ! BIEGNIESZ WPROST NA TO! Nagle rozległ się potworny, piskliwy wrzask i kroki Dudleya zatrzymały się. W tym samym momencie Harry poczuł przerażający chłód za sobą, który mógł oznaczać tylko jedną rzecz. I było ich więcej niż jeden.
- DUDLEY, TRZYMAJ GĘBĘ NA KŁÓDKĘ! COKOLWIEK ROBISZ, NIE WOLNO CI OTWIERAĆ UST!
- Różdżka - Harry wyszeptał gorączkowo, a jego ręce błądziły po ziemi jak pająki.
- Gdzie jest ta różdżka, no dalej lumos!. Wypowiedział zaklęcie automatycznie, w desperacko potrzebując światła, które pomogłoby mu w jego poszukiwaniach... i ku jego niewyobrażalnej uldze, światło pojawiło się kilka cali od jego prawej dłoni - zapłonął czubek jego różdżki. Harry chwycił ją, zerwał się na nogi i odwrócił. Jego żołądek wywrócił się na zewnątrz.
Potężna, zakapturzona postać sunęła płynnie ku niemu, unosząc się nad ziemią. Nie widać było twarzy, spod szat nie wyglądała żadna stopa. Cofając się Harry uniósł różdżkę.
- Expecto patronum!
Srebrna smużka mgły wystrzeliła z wierzchołka różdżki i Dementor zwolnił, ale zaklęcie nie zadziałało prawidłowo. Potykając się o własne stopy Harry dalej wycofywał się przed nachylającym się nad nim Dementorem. Panika mgłą zasnuwała jego umysł - skoncentruj się!. Para szarych, obślizgłych, okrytych świerzbem rąk wysunęła się spod szat Dementora i sięgnęła ku niemu. Gwałtowny hałas wypełnił uszy Harry'ego.
- Expecto patronum!
Jego własny głos był przytłumiony i odległy. Kolejna smużka srebrnego dymu, mniejsza niż ostatnia, wypłynęła z różdżki - nie mógł już tego zrobić, nie mógł rzucić czaru. Wewnątrz jego głowy rozległ się śmiech, mrożący, wysoki śmiech. Czuł smród zgniłego, śmiertelnie zimnego oddechu Dementora wypełniający jego płuca, duszący go - myśl.... coś szczęśliwego... Ale nie było w nim szczęścia... Lodowate palce Dementora zbiżały się do jego gardła, śmiech w jego głowie narastał, stawał się coraz głośniejszy i nagle w jego umyśle przemówił głos: - Ukłoń się śmierci, Harry... To może nawet nie będzie bolało... Nie wiem, nigdy nie umarłem... Nigdy już miał nie zobaczyć Rona i Hermiony... - i nagle ich twarze rozbłysły jasno w jego umyśle, kiedy walczył o oddech.
- EXPECTO PATRONUM!
Potężny srebrny jeleń wystrzelił z czubka różdżki Harry'ego. Jego rogi pochwyciły Dementora w miejscu, gdzie zwykle jest serce i odrzuciły go tył, nieważkiego jak ciemność. Rogacz zaszarżował i Dementor zwiał pokonany.
- TĘDY! - wykrzyknął Harry w kierunku jelenia. Okręcił się i wystartował aleją trzymając w górze zapaloną różdżkę. - DUDLEY? DUDLEY!
Przebiegł raptem tuzin kroków, kiedy znalazł się przy nich: Dudley leżał skulony na ziemi zakrywając ramieniem twarz. Drugi Dementor przykucał nisko nad nim, trzymając jego nadgarstki w swoich obślizgłych rękach, rozchylając je wolno, niemal z uczuciem, opuszczając swą zakapturzoną głowę w kierunku twarzy Dudleya, jakby chciał złożyć na niej swój pocałunek.
- NA NIEGO! - wykrzyknął Harry i z gwałtownym, grzmiącym dźwiękiem przygalopował ku niemu srebrny jeleń. Pozbawiona oczu twarz Dementora była o cal od ust Dudleya, kiedy srebrzyste rogi pochwyciły go. Dementor został wyrzucony w powietrze i jak jego poprzednik wzniósł się gwałtownie i zniknął w ciemnościach. Rogacz pokłusował do końca alei i rozpłynął się w srebrnej mgle.
Księżyc, gwiazdy i uliczne latarnie zalśniły ponownie blaskiem. Ciepły powiew wiatru omiótł aleję. Szum drzew w sąsiednich ogrodach i odległy huk samochodów na Magnolia Crescent wypełniły znów powietrze. Harry stał nieruchomo, wszystkie jego zmysły wibrowały przyzwyczajając się do nagłego powrotu do normalności. Po chwili zdał sobie sprawę z tego, ze koszulka przylega do jego ciała - był oblany potem. Nie mógł uwierzyć w to, co właśnie się stało. Dementorzy tutaj, w Little Whinging. Dudley leżał skulony na ziemi, łkając i trzęsąc się. Harry schylił się nad nim, żeby zobaczyć czy jest w stanie się podnieść i wtedy usłyszał za sobą głośne dźwięki zbliżających się kroków. Instynktownie podnosząc różdżkę obrócił się na pięcie, by stanąć twarzą w twarz z nadchodzącym. Mrs Figg, szurnięta stara sąsiadka, nadchodziła dysząc przeraźliwie. Jej posiwiałe włosy wymykały się spod siatki, którą miała na głowie, pobrzekująca torba na zakupy huśtała się na nadgarstku, a stopy wystawały w połowie z kraciastych kapci. Harry miał zamiar szybko ukryć swą różdżkę przed jej wzrokiem, ale...
- Nie odkładaj jej, głupi chłopcze! - zaskrzeczała - Co jeśli w pobliżu jest ich więcej? Och... zatłukę Mundungusa Fletchera.

harry-potter : :
04 listopada 2003, 19:44
Oczywiscie jak wszystkie czesci zaczyna sie ciekawie

Dodaj komentarz